Ostatnio, tak jak pisałam, Pan zapraszał mnie do życia, do funkcjonowania w rzeczywistości:) i mocnego stąpania po ziemi. To dobrze:).
Po dłuższym czasie tego stąpania zobaczyłam, że gdzieś w tym wszystkim "umyka" mi radość.
Zgodziłam się na taki stan, jaki jest i przestałam oczekiwać, a to już takie dobre nie jest.
Pan pragnie byśmy pozwalali Mu się zaskakiwać. Ja też tak chciałam, szczególnie, że miałam całkiem miłe doświadczenia:) na tej płaszczyźnie:).
Widziałam,że w tym czasie potrzebuję na nowo ucieszenia się drobnymi rzeczami czy z pozoru nic nieznaczącymi sytuacjami. Chciałam, ale nie wychodziło:).
W weekend byłam na wyjeździe wspólnotowym, gdzie był czas m.in. na "modlitwę w parach". Podczas niej, jedna z modlących się nade mną dziewczyn powiedziała, że Pan będzie przychodził do Mnie w tym małych rzeczach dając mi jeszcze więcej radości.
Możnaby powiedzieć: słowa... Ucieszyłam się z nich, choć później uświadomiłam sobie, że już o tym wiedziałam i mimo tego, nie udawało mi się. Zostawiłam więc tę myśl.
Pod koniec dnia, gdy poczułam, że moje mięśnie twarzy "nadwyrężyły się" od ciągłego uśmiechu, uświadomiłam sobie, że za tymi słowami poszła Jego ŁASKA. Tak po prostu...
Korzystałam z czasu, jaki miałam w bardzo prosty sposób: cieszyłam się, angażowałam w wiele rzeczy, do których wcześniej podchodziłam z dystansem.
Od czasu przyjazdu, na nowo uczę się dostrzegać to, co łatwo może umknąć, wtedy gdy kolejne dni przetają się od siebie różnić.
czwartek, 24 marca 2011
czwartek, 17 marca 2011
ZASKAKUJĄCY PAN:)
Weekend spędziłam w domu. Odwiedziłam rodzinkę. Mimo tego, że zaufałam Bogu i Jego prowadzeniu, to wydarzenia ostatnich dwóch tygodni, hm... a może bardziej zmęczenie związane z nimi, przyjechały:) tam razem ze mną.
Mama zauważyła, że coś jest nie tak. Po prostu, mało mówiłam:).
Gdy wieczorem przypadkowo napomknęłam jej, że nie jest wszystko ok., już nie miałam spokoju:). Takie już są mamy:)- za co mojej dziękuję.
Nie chciałam rozmawiać na ten temat, tak po prostu. Poszłam do siebie. Gdy moja młodsza, 15- letnia siostra usłyszała, że coś jest u Mnie nie tak, postawiła sobie cel: poprawienie mi nastroju i poznanie powodu mojego gorszego samopoczucia. Było w tym tak wiele miłości i troski.
Nie mogłam się nie nie ugiąć pod takim natarciem:D.
Ponieważ od dłuższego czasu opowiadałam Jej o mojej relacji z Bogiem oraz o różnych sposobach Jego przychodzenia, nie miałam problemu z tym by podzielić się słowem(więcej w poprzednim wpisie:)), które od Niego otrzymałam przed tym trudnym dla mnie czasem.
W chwili, gdy to opowiadałam, na horyzoncie pojawiła się mama:). Chyba nie mogła usnąć nie wiedząc co się u mnie i ze mną dzieje:). Kontynuowałam więc swoją historię:), bo Jej także wielokrotnie opowiadałam o tym, jak Bóg jest obecny w moim życiu. Przytoczyłam więc jeszcze raz te słowa.
Chwilę w trójkę porozmawiałyśmy i poszłyśmy spać.
Gdy wracałam do siebie, czułam w sercu pokój. Nie martwiłam się już. Miałam takie poczucie jakbym domknęła te sprawy, jakby wypowiedzenie i zaufanie Bogu wzajemnie się dopełniało.
------------
Nie minęło parę minut, gdy usłyszałam wołanie mamy. Miała mi coś ważnego do powiedzenia.
"Kinga, nie wiem o co chodzi, ale jak kładłam się spać, w mojej głowie pojawiły się słowa: Filip... Filipian 28".
Ponieważ kilka razy mama słyszała ode mnie o tym, że Bóg może przyjść poprzez namiary, poszła za nimi. Nie wiedziała czy "28" to rozdział czy werset, skojarzyła tylko tyle, że może tu chodzić o fragment z Pisma. Nie była pewna, chyba nawet nie wierzyła, że Bóg może tak przyjść. Powiedziała bowiem: "gdyby nie było Pisma Św. u mnie w pokoju, pewnie nie chciałoby mi się sprawdzać, a że leżało na półce, to zaryzykowałam"
Strona, na której otworzyła "przypadkowo" Pismo zaskoczyła ją: Filipian, konkretny rozdział i werset 28, w którym była mowa o posłaniu człowieka, dzięki któremu pojawi się radość i ustanie smutek. Tak więc, jeśli chodzi o sens: kopiuj-wklej moja poprzednia myśl o efekcie rozmowy z mamą, która wprowadziła w moje serce pokój.
Rozbawił mnie komentarz mamy, który brzmiał mniej więcej tak: "Bóg zna mnie i wiedział, że nie mam pamięci do cyfr. Ułatwił mi sprawę podając tylko jedną liczbę":). W tym zdaniu było tak dużo ufności i prostoty. Jakaś taka otwartość na przyjście Pana, który do tej pory nie przychodził w taki sposób.
Duch Święty jest obecny w sercu Każdego, MÓWI, NAPROWADZA, WSPÓŁPRACUJE, gdy tylko człowiek się na Niego otwiera.
U mamy był to prosty łańcuch zdarzeń: usłyszane świadectwo, pragnienie żywej relacji z Bogiem-przyjacielem i odpowiedź Boga.
Po czym poznać, że Bóg się uobecnił?
Spotkanie z Nim ubogaciło KAŻDEGO.
Duch Święty jest obecny w sercu Każdego, MÓWI, NAPROWADZA, WSPÓŁPRACUJE, gdy tylko człowiek się na Niego otwiera.
U mamy był to prosty łańcuch zdarzeń: usłyszane świadectwo, pragnienie żywej relacji z Bogiem-przyjacielem i odpowiedź Boga.
Po czym poznać, że Bóg się uobecnił?
Spotkanie z Nim ubogaciło KAŻDEGO.
Dla mnie te słowa były zamknięciem wydarzeń tego dnia, mojej rozmowy z mamą i siostrą. Pan ukazał mi Swoją obecność w tych wszystkich sytuacjach, potwierdził swoje prowadzenie.
Jesli chodzi o mamę, to wzmocnił w niej wiarę w Jego żywą obecność, zapewne ucieszył tym, że sama może być narzędziem w Jego rękach będąc bardzie lub mniej tego świadomą. Pan przyszedł w sposób, którego by się nie spodziewała:).
O siostrze nic nie pisałam, bo to już inna historia:)... Klarcia się przyglądała i pewnie zaskoczona rozwojem wydarzeń po raz kolejny uwierzyła, że Bóg chce przychodzić do KAŻDEGO.
Jesli chodzi o mamę, to wzmocnił w niej wiarę w Jego żywą obecność, zapewne ucieszył tym, że sama może być narzędziem w Jego rękach będąc bardzie lub mniej tego świadomą. Pan przyszedł w sposób, którego by się nie spodziewała:).
O siostrze nic nie pisałam, bo to już inna historia:)... Klarcia się przyglądała i pewnie zaskoczona rozwojem wydarzeń po raz kolejny uwierzyła, że Bóg chce przychodzić do KAŻDEGO.
sobota, 12 marca 2011
"MOJA CÓRKO NIE TRAĆ DUCHA"
"JA wybrałem Cię przed wiekami,
Zapragnąłem Cię; Wymyśliłem.
Nazwałem Cię po imieniu, Tyś Moja. (...).
Uświęcam wszystko swoją obecnością.
Każdy Twój krok jest Wielki w moich oczach.
Moja Córko, nie trac ducha. Ja jestem przy Tobie.
Trwam przy Tobie dniem i nocą i nigdy Cię nie zostawię(...).
Zaufaj Mi. Ja wiem jak Cię prowadzic. Pamiętaj o Mnie w dzień i w nocy.(...)
Krocz odważnie, nie poddawaj się ".
Te słowa prowadzą mnie przez ostatni czas. Gdy je usłyszałam pierwszy raz, jakieś 2 tygodnie temu, poruszyły mnie mocno. Odkryłam tu zaproszenie do zaufania i do patrzenia KROK dalej- do widzenia więcej.
Wtedy już pomyślałam sobie, że Pan chyba chce mnie przygotowac do czegoś. Taki sposób Jego prowadzenia, odkrywałam bowiem w relacji z Nim.
Nie zastanawiałam się jednak za długo nad tym, w jaki sposób się to zrealizuje i czy w ogóle dobrze interpretuję te słowa. Postanowiłam poddac to weryfikacji czasu.
Nie musiałam wcale długo czekac. Kilka dni później zaczął się bowiem czas, w którym słowa te były mi bardzo potrzebne. Wszystkie moje plany, począwszy od tych najprostszych dotyczących np. organizacji czasu, poprzez ważniejsze, bo dot. studiów, relacji czy przyszłości były jakby "kasowane" przez życie.
Po każdej rozmowie, w której przekreślano moje plany, do mojego serca wkradało się zwątpienie. Wtedy bardzo szybko pojawiały się słowa zacytowane wyżej:
W każdej takiej sytuacji był moment na podjęcie decyzji: Wierzę w słowa Jezusa i Jego obietnicę czy też polegam na tym, co w danej chwili się dzieje i poddaję się?
Potrzebowałam Mu zaufac. Co więcej, On chciał bym sobie na to pozwoliła. Jemu zależało na tym, bym w tym wszystkim "nie traciła ducha"... "Nie traciła ducha", czyli zachowywała w swoim sercu pokój, którego chce mi udzielac, a który nie jest wcale zawsze tak łatwo przyjmowac.
Musialam zderzyc sie wiec z tym, jak myśli świat w takich sytuacjach a jak prawdziwy chrześcijanin, ufający swojemu Panu.
-----------------------------------------------------------------------------
W czwartek, w kulminacyjnym dniu:) byłam na Eucharystii. Przyszłam z tym wszystkim by po raz kolejny powiedziec Bogu o tym, że pragnę Mu ufac, mimo, że nie jest to dla mnie najprostsze.
Trudno mi było z tym wszystkim, mimo, że decyzję już podjęłam. Podczas mszy pojawiła się w pewnym momencie myśl (od Niego:) zapewne). Spojrzałam na to wszystko, czego doświadczyłam ostatnio i zrozumiałam, że są to dobre warunki by przyjąc do swojego życia Boga jako Ojca.
Ta myśl o Bogu-Ojcu chodziła ostatnio za mną . Widziałam, że nie do końca rozumiem tę Jego rolę, a chciałam:).
Czwartek był dobrym dniem do tego, by pozwolic sobie na dostrzeżenie kochającego, troskliwego Ojca, który chce by Mu zaufano. Czekałam na modlitwę: "Ojcze nasz" , w której chciałam zawrzec wszystko. Od czasu do czasu wpatrywałam się w oczy osoby, poprzez które Bóg przychodził do Mnie tego dnia.
Pan pragnie by Jego dzieci Mu ufały i pozwalały się prowadzic.
On chce mnie uczyc funkcjonowania w rzeczywistości oraz odnajdywania siebie i Jego w tych wszystkich trudnych doświadczeniach. Chwała Mu za to.
Wtedy już pomyślałam sobie, że Pan chyba chce mnie przygotowac do czegoś. Taki sposób Jego prowadzenia, odkrywałam bowiem w relacji z Nim.
Nie zastanawiałam się jednak za długo nad tym, w jaki sposób się to zrealizuje i czy w ogóle dobrze interpretuję te słowa. Postanowiłam poddac to weryfikacji czasu.
Nie musiałam wcale długo czekac. Kilka dni później zaczął się bowiem czas, w którym słowa te były mi bardzo potrzebne. Wszystkie moje plany, począwszy od tych najprostszych dotyczących np. organizacji czasu, poprzez ważniejsze, bo dot. studiów, relacji czy przyszłości były jakby "kasowane" przez życie.
Po każdej rozmowie, w której przekreślano moje plany, do mojego serca wkradało się zwątpienie. Wtedy bardzo szybko pojawiały się słowa zacytowane wyżej:
"Moja Córko, nie trac ducha. Ja jestem przy Tobie.
Trwam przy Tobie dniem i nocą i nigdy Cię nie zostawię(...).
Zaufaj Mi. Ja wiem jak Cię prowadzic. Pamiętaj o Mnie w dzień i w nocy.(...)
Krocz odważnie, nie poddawaj się "
W każdej takiej sytuacji był moment na podjęcie decyzji: Wierzę w słowa Jezusa i Jego obietnicę czy też polegam na tym, co w danej chwili się dzieje i poddaję się?
Potrzebowałam Mu zaufac. Co więcej, On chciał bym sobie na to pozwoliła. Jemu zależało na tym, bym w tym wszystkim "nie traciła ducha"... "Nie traciła ducha", czyli zachowywała w swoim sercu pokój, którego chce mi udzielac, a który nie jest wcale zawsze tak łatwo przyjmowac.
Musialam zderzyc sie wiec z tym, jak myśli świat w takich sytuacjach a jak prawdziwy chrześcijanin, ufający swojemu Panu.
-----------------------------------------------------------------------------
W czwartek, w kulminacyjnym dniu:) byłam na Eucharystii. Przyszłam z tym wszystkim by po raz kolejny powiedziec Bogu o tym, że pragnę Mu ufac, mimo, że nie jest to dla mnie najprostsze.
Trudno mi było z tym wszystkim, mimo, że decyzję już podjęłam. Podczas mszy pojawiła się w pewnym momencie myśl (od Niego:) zapewne). Spojrzałam na to wszystko, czego doświadczyłam ostatnio i zrozumiałam, że są to dobre warunki by przyjąc do swojego życia Boga jako Ojca.
Ta myśl o Bogu-Ojcu chodziła ostatnio za mną . Widziałam, że nie do końca rozumiem tę Jego rolę, a chciałam:).
Czwartek był dobrym dniem do tego, by pozwolic sobie na dostrzeżenie kochającego, troskliwego Ojca, który chce by Mu zaufano. Czekałam na modlitwę: "Ojcze nasz" , w której chciałam zawrzec wszystko. Od czasu do czasu wpatrywałam się w oczy osoby, poprzez które Bóg przychodził do Mnie tego dnia.
Pan pragnie by Jego dzieci Mu ufały i pozwalały się prowadzic.
On chce mnie uczyc funkcjonowania w rzeczywistości oraz odnajdywania siebie i Jego w tych wszystkich trudnych doświadczeniach. Chwała Mu za to.
Po co?
Blog jak blog. Trochę treści, miejsce na komentarze.
Jeszcze nie wiem, co z tego wyjdzie.
Jak będzie z regularnością? Też nie wiem.
Po co więc to tworzę?
Będę chciała dzielic się tu obecnością Boga w moim życiu.
Jeszcze nie wiem, co z tego wyjdzie.
Jak będzie z regularnością? Też nie wiem.
Po co więc to tworzę?
Będę chciała dzielic się tu obecnością Boga w moim życiu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


